Koks w suplach! - Kibole.pl - portal dla fanatyków i patriotów
KibolePLlogo
Home Nagłówek Koks w suplach!

Bimber na Brzeskiej

Dawno, dawno temu, kiedy nie było jeszcze gazety wyborczej – nie było też całodobowych sklepów z alkoholem. W ogóle, lata 80. XX wieku (całkiem niesłusznie minionego) to wiele ograniczeń, dla miłośników piwa, wina i gorzały. Bywały okresy, kiedy wódkę można było kupić dopiero od godziny 13. Tragedia! W tak zwane wolne soboty i niedziele, które dziś nazywamy weekendami, kupienie flaszki graniczyło z cudem. Dlatego działały tak zwane meliny, lub krócej – mety, oferujące alkohol po cenie nieco tylko wyższej, niż sklepowa o każdej porze dnia i nocy. Bywały mety nieduże, ot okienko na parterze i szybka wymiana gotówki na flaszkę. Bywały też swego rodzaju „centra”, gdzie na jednej ulicy (przykładem w Warszawie mogła być słynna Brzeska oraz równie słynny Plac Zbawiciela [tak, ten od tęczy]) było kilka lub kilkanaście melin, doskonale i zgodnie ze sobą współpracujących.

Alkohol sprzedawany przez meliniarzy pochodził albo z legalnych źródeł, albo był to tak zwany bimber, czyli gorzała robiona samodzielnie, przez „leśnego” producenta. Był też wariant trzeci: normalna wódka, tyle że rozwodniona. Taki właśnie nietrzymający procentów towar pojawiał się w melinach, które nie dbały o „markę”. Meliniarze uczciwi wprowadzili więc zasadę „testu na miejscu”. Wyglądało to tak: podjeżdżasz na metę, dajesz komuś kasę i składasz zamówienie. Ktoś – znika w bramie. Pojawia się – podaje butelkę szepcząc sugestywnie: „łyknij pan!”. Odkręcasz, łykasz i potwierdzasz, że zakup odpowiada twoim wymaganiom. Tak właśnie było na Brzeskiej i na Placu Zbawiciela.

Porządny i odpowiedzialny sprzedawca i producent (bimbru) – nie oszukiwał i nie rozcieńczał towaru! Dbał o „markę”.

Suple z koksem?

Podobnie – mamy nadzieję – jest w produkcji sportowych suplementów diety, zwanych popularnie odżywkami. Żadnemu producentowi nie opłaca się podawać wyższej zawartości istotnych składników, niż jest to w rzeczywistości. W każdej bowiem chwili może zostać sprawdzony i wyśmiany, wywalony z rynku. Suplementy są kontrolowane na kilka sposobów. W Polsce takie testy robione są na przykład przez media zajmujące się sportem, a szczególnie kulturystyką i fitness. Media – wydają swego rodzaju rankingi. W nich właśnie – w mniej lub bardziej otwarty sposób piszą, że „Firma A” podaje na etykiecie 70% białka, a w puszce jest na przykład tylko 55%. Takie publikacje działają na rynek i doklejają „łatki” jednym, a promują drugich. Żadnemu producentowi nie opłaca się podawać na etykiecie wyższej zawartości istotnych składników, niż jest to w rzeczywistości.

Zupełnie inaczej jednak wygląda sprawa „dosypywania >koksu< do suplementów”!

Nieuczciwy meliniarz zarabiał na „rozcieńczaniu” wódki wodą, licząc na to, że najczęściej już lekko pijany klient nie zauważy tego. W większości przypadków takie myślenie się sprawdzało.

Zupełnie inaczej jest z suplementami. Producenci mają (w przeciwieństwie do konsumentów) świadomość, że odżywki nie czynią cudów. Wiedzą, że działanie legalnych produktów jest znacząco mniej odczuwalne, niż „koksu”. Zdają też sobie sprawę z ogromu oczekiwań, jakie roją się w głowach ćwiczących.

Może więc się zdarzyć, że faktycznie „dosypią” jakieś „mocniejsze”, nielegalne, zakazane (przez WADA) środki, aby zwiększyć siłę oddziaływania odżywki, licząc na to, że zadowolony z postępów konsument wróci po następne wiadro.

O tego typu praktyki podejrzewani są producenci z USA. Ogromny rynek i równie ogromna konkurencja na tamtym rynku sprawiają, że takie praktyki mogą być opłacalne. Sami wiecie, jak często „wyskakują” z niebytu „nowe” firmy, szybko zdobywają kawałek rynku, zarabiają i często znikają tak prędko, jak się pojawiły.

Zwykłym ćwiczącym rekreacyjnie takie praktyki nie czynią większej krzywdy, ale kłopot pojawia się w sporcie wyczynowym.

Co jakiś czas, złapany na dopingu sportowiec zarzeka się, że brał tylko i wyłącznie suple kupione w sklepie lub wręcz dostarczone przez lekarza, fizjologa, dietetyka, masażystę.

Robi się zamieszanie, pojawiają się jakieś wyjaśnienia, a potem sprawa przycicha aż do następnej wpadki kogoś popularnego.

Prawo!

Ostatnio strona prawosportowe.pl – bardzo rzetelna i fachowa, którą wszystkim Wam polecamy – opublikowała materiał o tym problemie.

Maciej Broda Członek Zarządu Koła Naukowego Prawa Sportowego przy Katedrze Kryminologii i Prawa Karnego Gospodarczego Uniwersytetu Wrocławskiego, pisze tak: […]

Nie pomagają im [zawodnikom] sami producenci używek sportowych. Spotkałem się już z kilkoma przypadkami, gdzie można domniemywać, że zawodnicy zażyli niedozwoloną substancję, ponieważ zostali wprowadzeni w błąd co do rzeczywistej zawartości środka. Warto przypomnieć, że Światowa Organizacja Antydopingowa (WADA) corocznie publikuje tzw. listę substancji antydopingowych, zatem zawodnicy mają możliwość weryfikacji wszelkich suplementów, które zażywają. Czy oznacza to, ze jeśli po porównaniu etykiety z wspomnianą wyżej listą okaże się, że w odżywce nie ma żadnego z wymienionej na niej substancji, możemy spać spokojnie? Otóż nie.

Substancje niedozwolone występują bowiem pod różnymi nazwami. O ile zatem składnik, którego nazwa wymieniona na etykiecie nie jest wymieniona na liście WADA, po dalszej analizie – często na poziomie akademickim – okazuje się niedozwoloną substancją w rozumieniu przepisów antydopingowych. […] Warto zatem bardzo dokładnie przeanalizować skład zażywanych odżywek. Sięgać w tym zakresie nie tylko do listy WADA, ale w razie możliwości konsultować spożywanie suplementów m. in. Komisją do Zwalczania Dopingu Sporcie, która otworzyła specjalną infolinię dla takich celów. […]

Pilnujcie się!

Czasem mam wrażenie, że wszystko co dzieje się wokół polskiego sportu (poza wysiłkiem samych sportowców) to paranoja! Po jaką cholerę są związki, kluby i zatrudnieni w nich lekarze, fizjologowie, czy inni spece? Czy to jest wielki wysiłek, żeby przeczytać etykietę? Przeczytać ze zrozumieniem? Zadzwonić faktycznie na infolinię i zadać proste pytanie? Moim zdaniem – to nie jest wysiłek, tylko psi obowiązek, jeśli się bierze wynagrodzenie za opiekę nad zawodnikami!

Oczywiście – jest bardzo duża grupa sportowców, która może zostać według idiotycznych przepisów Komisji do Zwalczania Dopingu w Sporcie skontrolowana, a nie ma takiej bazy jak sportowcy z polskich związków sportowych. Mam na myśli choćby tysiące zawodników Mieszanych Sztuk Walki. W tym sporcie nie ma przecież polskiego związku, a większość klubów to stowarzyszenia założone przez prywatne osoby. Nie mają na etacie lekarzy, czasem też nie za bardzo orientują się w kwestii doping a suplementy.

A tymczasem kontrola, skoro pojawiła się już raz na zawodowej Gali PLMMA w Pruszkowie i zechciała zbadać Józefa Warchoła i Kamila Bazelaka – może się pojawić wszędzie. Właśnie w wyniku głupich przepisów Ministerstwa Sportu i Turystyki oraz Komisji do Zwalczania Dopingu w Sporcie.

Co robić?

Odpowiedź jest bardzo prosta! Stosować tylko polskie suplementy, a do tego tych firm, które są oficjalnie związane z konkretnymi zawodnikami, drużynami, klubami oraz całymi dyscyplinami w polskim sporcie!

Natomiast prywatnym organizatorom zawodów, na przykład zawodowych gal w Mieszanych Sztukach Walki radzimy, żeby nie wpuszczali na swoje imprezy nikogo, kto nie ma biletu, lub akredytacji.

Dzięki za pomoc przy materiale dla naszych dwóch znajomych Ekspertów z polskich firm – oczywiście.

Dla przypomnienia słynna kontrola w Pruszkowie!

Zostaw odpowiedź

seven − 1 =

GRZYBOBRANIA

Starcie Kibiców przed meczem!

Starcie Kibiców przed meczem! Kibice Dynamo vs Kibice Besiktas! Dynamo wygrał 6 do zera. Kibice z Ukrainy spalili flagę Turcji. Przed meczem była lekka bijatyka, podczas meczu...

Kontynuując przeglądanie strony, wyrażasz zgodę na używanie przez nas plików cookies. więcej informacji

Aby zapewnić Tobie najwyższy poziom realizacji usługi, opcje ciasteczek na tej stronie są ustawione na "zezwalaj na pliki cookies". Kontynuując przeglądanie strony bez zmiany ustawień lub klikając przycisk "Akceptuję" zgadzasz się na ich wykorzystanie.

Zamknij