Wyprawa po pomoc! - Kibole.pl - portal dla fanatyków i patriotów
KibolePLlogo
Home Kibicowska Wyprawa Wyprawa po pomoc!

Sensacyjne szczegóły Kibicowskiej wyprawy rowerem przez Polskę!

Przygotowania kondycyjne Roberta do kulminacji Kibicowskiej wyprawy rowerem przez Polskę wchodzą w decydujący etap. Żeby zrealizować plan samotnej podróży na spotkanie z prawie wszystkimi klubami i uzyskanie koszulek, autografów i gadżetów na aukcję – musi być naprawdę w doskonalej formie.

Wiecie już, że cały dochód z aukcji przekazanych wyprawie przedmiotów – będzie przekazany Hospicjum „Betania” w Opolu.

Kibole.pl – popieramy tę akcję z całego serca, z wielu powodów. W jej założeniu jest łączenie Kibiców w dobrym, szlachetnym celu oraz pokazanie młodym ludziom – że są inni, często zapomniani, którzy bardzo potrzebują pomocy.

Wiecie z naszych poprzednich publikacji, jak to będzie wyglądało, ile klubów przekazało już cenne kibicowskie pamiątki.

Dziś zatem czas na skrót relacji o sensacyjnych przygotowaniach. Dziennik wyprawy staje się nie tylko poradnikiem surwiwalu, ale „traktatem o obyczajach”:-) To się może Wam przydać w wakacyjnych wędrówkach!

Każdy, kto planuje wakacyjne wędrówki w nieznane lub mało znane okolice – niech koniecznie śledzi dzienniki Roberta!

Głos ma Robert:

Zajęcia na uczelni… odwołane. Ruszam! Następnie wiadomość – jednak będą. Rowerem na uczelnię. Jednak odwołane. Ruszam! […] Kolejny punkt na mapie. […] Nie ufaj miejscowym! Nie ufaj mapie? Zadzwoń do kogoś, kto ma nawigację! Sam masz nawigację? Mimo to zadzwoń! […] Wiązów, Borów to kolejne kropeczki, do których docieram bez większych przygód. Ciągle zbliżając się do Ślęży byłem ciekaw, jak daleko uda mi się zajechać tego pierwszego dnia. Około godziny 19:30 zacząłem się rozglądać nad noclegiem. Byłem już w miejscowości Tyniec nad Ślężą i pytałem o nocleg, a właściwie o możliwość rozbicia namiotu na podwórku – jedne od razu odmawiały, ale hitem była moja rozmowa, a raczej wywiad, który odbył się z sąsiadami rozmawiającymi przez płot.

Skąd, dokąd, po co, od kiedy, sam? To tylko część ich pytań, na które odpowiadam cierpliwie nie wspominając o akcji dla Hospicjum. Kiedy przyglądam się w poszukiwaniu równiejszej części trawnika słyszę „no bo tutaj wczoraj kogoś okradli”. Aż mi się ciepło zrobiło, nie powiem. Ludzie mają wilczura, są całą rodziną a boją się biwakowicza? To ja powinienem się bać, w końcu byłem sam i szedłem na nieznane. Ale daję za wygraną – wyciągam vlepki akcji, mówię o co w niej chodzi i nie czekając na ich reakcję siadam na rower mówiąc „do zobaczenia”. Oni wołają za mną, chcą żebym wrócił, ale dla mnie to już nie to samo. Powiedziałem im o akcji, więc mi pomogą Bezinteresownie się nie da?

Przy okazji obaliłem mit o gościnności Polaków, przynajmniej w Tyńcu nad Ślężą. Troszeczkę nam daleko do Skandynawii, gdzie można rozbić namiot na czyimś podwórku nawet nie pytając o zgodę. Taki fajny zwyczaj. […] Rozbijam namiot, wieczorna toaleta i kolejna miła dziś sytuacja. Odwracam się, by iść wypłukać zęby, a niewiele dalej niż 3 metry ode mnie stoi… Zdziwiona sarna. Oboje stoimy tak w konsternacji, więc przerywam ciszę, mówiąc „zmykaj spać”. Kładę się, by wypocząć po całodniowym przejeździe i co chwilę dzwoni mi telefon. Po godzinie drugiej w nocy udaję się z latarką przegonić, a raczej przepłoszyć biegające w okolicy namiotu lisy, które nie dały mi spać swoim skrzekiem. Jest godzina 2:20, pobudka o 7.

Dobranoc.

Tu kłania się to, o czym mówiłem wcześniej – oznakowanie. Mógłbym zajechać o wiele dalej, gdyby nie fakt, że znaki prowadzą do miejscowości, których nie ma na mapie. Ponieważ było wcześnie, ludzi jeszcze nie było widać, więc gdzie tylko się pojawiali pytam o drogę. Poważnie się gubię za Rogowem Sobóckim – drogowskaz na Okulice, ja jadę na Maniów, lub Mrowiny, a drogowskaz na wieś, której nie ma na mapie! Robię kilka km gratis (co gorsza nie po płaskim terenie) i jestem w Mirosławicach. Zamierzam coś zjeść – na widok zajazdu skręcam. Schodzę z roweru i w moim kierunku biegnie majestatyczny wilczur, najwidoczniej musiałem go przestraszyć w efekcie czego on nie był mi dłużny, ponieważ wydał z siebie potworny ryk niezadowolenia. Skoro zbłądziłem i miałem zajazd pod nosem, zawitałem na śniadanie i podpytałem pracownice o najlepszą możliwość drogi. Dowiaduję się od nich, że muszę się wrócić i skręcić na Okulice, a dalej będzie drogowskaz na Maniów. Bajka. Wtedy właśnie myślę sobie, gdzie jestem, a gdzie powinienem być. Dochodzi do mnie, że nie jestem chyba nawet w połowie drogi i że jeżeli będzie późno, to po prostu wsiądę w pociąg. Ta niezdrowa myśl towarzyszy mi całe śniadanie, które zjadam z wielkim apetytem, popijam je wodą i nie myśląc wiele pędzę przed siebie zły na całą sytuację.

Dojeżdżam do zalewy Mietowskiego i tam wykorzystuję to, co zabrałem mamie – robię moim zdaniem ciekawe ujęcie z pilotem w ręku (dodam zdjęcia po skończeniu relacji). Dzwonię też do mojej nawigatorki, która bez żadnego marudzenia kieruje mnie dalej. Schodząc z wału na zalewie widzę dwóch rowerzystów. Jadą dość prędko, ich jedynym obciążeniem są oni sami, więc jadą naprawdę nieźle. Postawiłem sobie za cel, by ich dogonić a potem wyprzedzić. Kiedy zauważają mnie „na ogonie” przyśpieszają. Wtedy odzywa się moja ambicja. 1500 km rowerem, a po przejechaniu 200 nie dam się młodziakom zgubić! – myślę. I doganiam ich wykorzystując to, czego oni nie mają – obciążenie. Po prostu z górki jadę szybciej. A ich miny mówiły same za siebie. Chłopcy jednak też byli ambitni bo gonili mnie cały czas i tak przez ponad 3 km jechali za mną, by potem się spiąć i znów wyjść na prowadzenie tego peletonu.

Na rozjeździe dróg pytam ich, dokąd dalej, oni już z uśmiechem prowadzą mnie skrótem do Mrowin. Oczywiście zostawili mnie daleko w tyle, a ja już nawet nie miałem siły ich gonić. Jadę obok kopalni granitu w Siedlimowicach i dopiero teraz zauważam dlaczego ta droga jest tak rzadko uczęszczana – dużo samochodów ciężarowych tędy jeździ. Pewnie ludzie dlatego trzymają się stąd z dala. Robię mały odpoczynek przed Mrowinami, zjadam resztkę prowiantu, piję wodę. Znajduję ładny leśny stawik, to dobre miejsce na chwilę wytchnienia.

Skrócona droga, nabranie sił w tak pięknym miejscu i pozytywne spojrzenie na czas i mapę nie zapowiadały, że może zdarzyć się coś niebezpiecznego. Wypadek był w powietrzu. Cudem do niego nie doszło. A to wszystko przez głupotę kierowcy, bo inaczej tego nazwać nie sposób. Coś, co porusza się z górki nie będzie poruszało się ze stałą wolną prędkością, jak na terenie płaskim, prawda?

Ale od początku, mknę z górki, licznik pokazuje 75 km/h, kiedy wjeżdżam do miejscowości Mrowiny. Jest troszkę bocznych dróżek, więc obserwuję uważnie każdą z osobna, by nic nie wyjechało mi na drogę. Z mojej prawej strony z podporządkowanej wyjeżdża samochód. Kobieta patrzy mi w oczy, po czym wyjeżdża przede mnie. Ja z automatu naciskam hamulce, a rower wpada w „turbulencje”, pochylam się na kierownicy, by przez nią nie przelecieć i muszę ratować się zmianą pasa ruchu.

Miałem ogromne szczęście, że żaden TIR nie jechał do kopalni, bo wtedy byłby już zupełnie niewesoło.

Jakby tego było mało, kobieta nic sobie z tego nie robi, zbiera się wolno swoim jaguarem a na koniec płyn do spryskiwaczy i mycie szyb. Bo to jest odpowiedni moment!
Nie dość, że przed chwilą narobiłaby smrodu, to jeszcze cały ten jej płyn poleciał na mnie! Uwierzycie?!

Wpajano mi, że do kobiet trzeba z szacunkiem, więc zdobywam się na resztki dobrej woli, jakie we mnie zostały i kiedy zbliżamy się do skrzyżowania zajeżdżam jej drogę (ponieważ trójkątny znak zobowiązał ją do chwilowego zatrzymania swojego wehikułu). Spokojnie stawiam rower na stopce, podchodzę do samochodu i otwieram jej drzwi. Kiedy zabieram się do tego, żeby wylać na nią falę frustracji budzę się i zdaję sobie sprawę, że ona oparta jest o swój samochód, ja stoję przy niej, dookoła pełno ludzi obserwuje całą sytuację a ona woła tylko „ja przepraszam, ja nie wiedziałam”.
Uspokajam się, życzę jej równie miłego dnia, co nasze dzisiejsze spotkanie. Podchodzę do roweru i krzyczę nie przejmując się ludźmi, tym samym informując ich, co właśnie zrobiła ta miła niedomyślna pani. Idę do sklepu, przed którym siadam i przed dobrych 15 minut siedzę i się trzęsę. Wstaję, robię zakupy w „Przemysłowym Lolku” – zaopatruję się w banany, bułki (dieta Małysza  ), dobieram do tego też zimny energetyk. Pijąc napój słyszę, jak ciekawska ekspedientka wypytuję małą dziewczynkę dla kogo i po co kupuje tabletki przeciw bólowe.

Zjadam banana i marszem pokonuję kawałek, dopóki w pełni się nie uspokoję nie ma mowy o dalszej jeździe.

Wsiadam na rower i jadę spokojnie do kolejnej kropeczki na mapie – Strzegomia. Droga nawet znośnie się układa choć jadę jak nie pod wiatr, to i pod górkę. Ten dzień tak się już ułożył, że się zgubiłem, mogłem mieć wypadek to i jeszcze super bonus – pod wiatr.

Ale chociaż miałem słońce. Było przyjemnie ciepło. Dojeżdżając do Strzegomia widzę stadninę koni i ciągnący się wzdłuż drogi tor przeszkód.

Znów dopada mnie głód, a i nie wiem, jak jechać dalej – dlatego zjeżdżam do zajazdu „u Emila” – broń Boże, to żadna reklama, to ważne ponieważ tam dzieje się kolejna rzecz niezwykła.

Siadam, dzwonię po znajomych – Tele narada, jak jechać najlepiej. Oni twierdzą, że mam jechać od razu na drogę nr 5 i połączyć się z 3 w Bolkowie. Ja chcę, by wyznaczyli mi trasę przez wioski tj Wolbromek i Kłaczynę. Piję w międzyczasie kawę. Rozmawiając przez telefon spoglądam w stronę drzwi wejściowych i widzę znajomą twarz, która mówi mi „na razie”. Chwilę myślę, do kogo należała ta twarz, ale mając taki stresowy dzień daję za wygraną i skupiam się na trasie.
Po skończonej rozmowie odnoszę filiżankę i kobieta, która stoi za barem przekazuje mi pozdrowienia od tego oto młodego mężczyzny, którego twarz kojarzyłem.
– Kojarzę twarz, ale nie mogę sobie przypomnieć, nie dziś, przepraszam.
– Jesteście razem na roku – wyjaśnia.
I wtedy mnie olśniło i zachciało mi się śmiać. Musiałem przejechać tyle kilometrów, żeby spotkać się ze znajomym ze studiów i jeszcze po chamsku go nie poznać. Wstyd mi bardzo. A on jeszcze poprosił swoją mamę, by ta zaopatrzyła mnie w wodę na dalszą drogę. Która, jak się potem okazało uratowała mi życie!

Widząc napis na mojej koszulce „ 1500 KILOMETRÓW DLA OPOLSKIEGO HOSPICJUM BETANIA” jestem pytany o co chodzi w akcji, (czekając na pierogi, więc odpowiadam bardzo chętnie). Nie marnuję czasu i przy tej okazji dobieram informacje odnośnie dalszej trasy.

Odpoczywam, ładuję telefon i ruszam dalej. Kierunek – Jelenie Góra. Zostały jakieś 34 km do miasta. Więc jadę i po chwili okazuje się, że droga nie układa się tak, jak mówiła mi mama mojego kolegi i koniec końców muszę jechać 5tką, a potem 3ką. Ruch spory, pełno ciężkich wozów mija mnie z imponującą prędkością, ale każdy z dużym zapasem miejsca wykonuje manewr wyprzedzania. Kiedy widzę przed sobą sporej wielkości podjazd obok Dobromierza automatycznie mi się odechciewa. Po przejechaniu takiej ilości km jeszcze taki deser… Ale jadąc w góry tego się spodziewałem. Wyprzedza mnie nagle czarny wóz i wybija mnie z mojego zamyślenia – kierowca trąbi, świeci awaryjnymi. Z tyłu postaci się obracają, a samochód zwalnia. Pomyślałem, „pewnie będzie draka”, a co dziś innego mogłoby mnie czekać? Ku mojemu miłemu zaskoczeniu te postaci zaczynają do mnie machać. A że nie ma pasa awaryjnego muszą jechać dalej. Pozostawiając po sobie tylko moją ciekawość i domysły.

Męczarnią jest podjazd do Bolkowa, wjeżdżając na każdą górkę, pokonując każdy zakręt, śpiewam sobie coś pod nosem i z uradowanym sercem i uśmiechem na twarzy mknę w dół. Wtedy pokonuję 80km/h. Wiecie jakie to uczucie? Nie? A ja wiem! Re-we-la-cja!

Z Bolkowa jadę dalej, ponieważ zostało tylko 20km… Tylko. Podjazd do Jeżowa to podobna historia co i do Bolkowa, z tym, że kiedy już naprawdę nie mam sił, spoglądam w lewo, na górkę jakiś kilometr dalej. Dostrzegam wielkiego jelenia i całą jego ferajnę. Scena jak w filmie. Na chwile przystaje, patrzy w moim kierunku i wiedzie ze sobą bliskich do lasu. Może i jestem nawiedzony, ale po takim widoku dostaję nowych sił. Jadę do Jeleniej Góry, jadę pod górę i widzę jelenia. Dla mnie to oznaczało jedno – jeszcze trochę wysiłku i jesteś na miejscu.
Tak też się stało. Do Jeleniej miałem jeszcze przyjemny zjazd z widokiem na góry i ostatni podjazd przed miastem. Po wjechaniu do miasta, konieczna jest przerwa. Na ostatnich 30km wypiłem prawie całą wodę, więc resztą muszę gospodarować racjonalnie. Zjadam banana i jabłko, wsiadam na rower i pedałuję dalej. Jelenią przecinam dość w szybkim tempie, jednak miało miejsce nieprzyjemne zdarzenie, podczas hamowania na czerwonym spadł mi licznik, koła się jeszcze kręciły i szprychy jak gilotyna odcięły kabel, jestem bez licznika.

Po przejechaniu miasta udaję się w stronę ostatniej mojej kropeczki na mapie, małej miejscowości za Jelenią w stronę Zgorzelca. 15 km za Jelenią w stronę granicy w Zgorzelcu. Kto jechał tam kiedyś, wie, że to nie jest wcale łatwa trasa. Śmiem rzec, że był to najgorszy odcinek całego przejazdu. Pierwszy podjazd za Jelenią moje nogi odmawiają posłuszeństwa i rower muszę wprowadzić. Po wprowadzeniu roweru zjeżdżam z górki, a pod następne wzniesienia terenu, choćby nie wiadomo jakie były, będę wjeżdżał. Nie ma miękkiej gry, chciałem, to muszę pedałować!

Dojeżdżam do miejsca przeznaczenia w czasie 6:37:05. Podjeżdżam pod miejscowy sklepik i robię zakupy na kolację i jutrzejsze śniadanie. Oczywiście seria pytań, po których mina sprzedawczyni mówi sama za siebie – czubek.

Wchodzę do domu, robię sobie herbatę, włączam radio i bojler. Wychodzę w międzyczasie by wejść na małą górkę za domem z widokiem na Sudety. Widok jest zachwycający! Było warto!
Wracam, kąpiel, toaleta, telefon do mamy. Dmuchanie materaca i spać.

To był męczący dzień, dziś nikt nie dzwoni.

Spokojnej nocy.

Trasa: 125 km;
Czas łączny: 6:37:05;
Rady: Zasada ograniczonego zaufania przede wszystkim! Na drogę kup dużo bananów, jedz orzechy – zminimalizujesz ryzyko skurczów;
Piosenka, którą nuciłem cały dzień podczas jazdy:http://www.youtube.com/watch?v=ZMXYGRYdGxE .

I oczywiście zapraszam Was na przeczytanie relacji z głównego etapu tej wyprawy. Dnia trzeciego i czwartego.